Niedawno w rozmowie z rówieśnikami usłyszałem zdanie: "My się po prostu za późno urodziliśmy". Na początku wywołało to mój szczery uśmiech. Pomyślałem, że znając nasze zapędy pewnie nie raz i nie dwa w latach ´80 dostalibyśmy pałami od ZOMO i tyle by było radości z dorastania w PRL. Potem jednak, gdy temat był kontynuowany, a głównym argumentem stała się gospodarka, zrozumiałem, że sporo w tym prostym zdaniu jest prawdy.
Aby lepiej wprowadzić w tematykę felietonu młodych czytelników, pozwolę sobie na wkomponowanie w mój tekst teledysku zespołu Snake Charmer - "Born in PRL".
Pokolenie ´88 nie miało okazji nigdy zajrzeć do Pewexu, ani poczuć magii brzmień płyt winylowych kupowanych za "ciężkie pieniądze" za granicą. Ledwo pamiętamy smak Vibovitu, który zamiast rozpuszczać w szklance z wodą jadło się palcem.
W latach 90. owo pokolenie nie rozumiało jeszcze nic. W zasadzie do nauki w szkole średniej - w kontekście swojego usytuowania na osi nowej historii Polski - także nic. Zaczęło rozumieć dopiero w momencie uzyskania pełnoletności.
W szkole średniej wpajano nam, że trzeba iść na studia. Najlepiej do prestiżowych szkół, bo w dobie wyżu demograficznego bez "papierka" nie ma szans na dobrą pracę. No i ta młodzież słuchała, zaufała i poszła do dużych miast, na prestiżowe kierunki. Teraz je kończy i razem z rolnikiem od uprawy papryki pyta się: "Panie premierze, jak żyć?".
W zasadzie każde pokolenie ma swój okres buntu. My nie możemy go okazywać poprzez niechęć do ustroju. Wrogość w stosunku do policji też jest bez sensu. Naszym głównym wrogiem stał się rynek pracy, a w zasadzie jego niedostępność. Co z tego, że kończymy po 5 latach nauki prestiżowe szkoły i otrzymujemy tytuł magistra, czy magistra inżyniera, skoro nasze dokonania nie pozwalają nam na zaspokojenie swoich ambicji. Wcale nie chodzi tutaj o zawłaszczenie rynku przez elity, co dobitnie pokazała warszawska frekwencja "Marszu Oburzonych", ale o możliwości w "zabetonowanych" branżach.
Każdy absolwent marzy o tym, aby po skończonych studiach dostać przyzwoitą pracę i stopniowo piąć się po szczeblach kariery. Realia są w obecnych czasach takie, że o karierze ze wskaźnikiem wzrostu swojej pozycji po pierwszych krokach na rynku pracy zapomina już połowa. Pracę chwyta się, jaka jest, a nie jaką sobie człowiek wymarzył. Burzy się od razu przeświadczenie, które nam wpajano w szkole średniej.
W takim razie planem B każdego studenta jest otworzenie własnej działalności gospodarczej, zazwyczaj w rodzinnym mieście. W pierwszej kolejności student napotyka na problem, skąd wziąć kapitał początkowy. W drugiej kolejności - jak w ogóle zakłada się firmę. Trzeci i najważniejszy problem to POMYSŁ!
Kiedy w ´89 roku upadł komunizm, firmy prywatne powstawały jak grzyby po deszczu. Udawał się każdy biznes, bo wszystko było nowe. Konkurencja zerowa, biurokracja minimalna. Po prostu wystarczył kapitał na wejście w rynek. Minęło nieco ponad 20 lat i mamy problem. W takim Ciechanowie, chcąc otworzyć jakikolwiek biznes, trzeba błysnąć niebywałym pomysłem, aby cokolwiek się udało i można było wyjść na zero. W małych miastach ludzie kupują z przyzwyczajenia w tych samych sklepach. Nie potrzebują reklamy, bo każdy wie gdzie jmożna kupic buty sportowe czy iść na smaczne ciastko.
Nowe formy działalności jak solaria, czy salony urody także bardzo szybko zapełniły się konkurencją. Ciężko jest nam "młodym" konkurować z firmami, które w przasnyskich realiach istnieją od lat. Nawet innowacyjność taka jak konta facebookowe, strony internetowe, dobrze wykonany marketing i tak nie pomogą, bo z konkurencją nie mamy szans na starcie.
Mimo to każdy próbuje, licząc, że akurat jemu się uda. Student odczekuje 8 miesięcy jako bezrobotny, bierze kasę z Urzędu Pracy, zakłada swój biznes. Zachwyca się tym. Po trzech miesiącach interes przestaje być rentowny i firmę trzeba na siłę utrzymywać przez rok bez wiary w to, że coś się zmieni.
Wtedy zawsze przychodzi myśl "Gdybyśmy urodzili się wcześniej, to byłoby łatwiej". Teraz można postawić już tylko na biznes rodzinny lub innowacyjność. Tyle, że o ten drugi aspekt ciężko, bo zawsze istnieje spore ryzyko, że w tak małym mieście jak Przasnysz się on nie przyjmie.
A więc dalej absolwencie, któremu wmawiano, że najważniejszy jest "papierek z prestiżowej szkoły", a nie doświadczenie, znajomości i ludzki fart w życiu - masz wybór. Wracasz do rodzinnego miasta i próbujesz zawojować rynek albo w mieście, w którym studiowałeś zaczynasz od parzenia kawy i nie masz gwarancji, że będziesz ją parzył, aż cię nie wyleją.
Skoro Snake Charmer śpiewało o czasach, których my nie znamy, to PEZET rapuje już o realiach i oczekiwaniach od życia, które znamy aż za dobrze.
autor: Łukasz Chrostowski
prezes Stowarzyszenia Młodzi w Regionie
Zobacz inne Felietony tutaj


























































